To nie jest ponury żart ani scenariusz filmu, w którym absurd goni absurd. To wydarzyło się naprawdę – w polskim Sejmie. Na posiedzenie parlamentarnego zespołu ds. ochrony dzieci w procesie rozstania rodziców zaproszono Krzysztofa Lewandowskiego – mężczyznę prawomocnie skazanego za gwałt na własnym synu. Człowieka, który spędził w więzieniu ostatnie lata i dopiero co odzyskał wolność. Teraz występuje w roli „eksperta”, opowiadając, że jest… ofiarą. Ofiarą alienacji rodzicielskiej. Narzeka przy tym, że w czasie odbywania kary musiał płacić alimenty – na dziecko, które sam skrzywdził.
Zaproszenie wyszło od organizacji Szczyty Alienacji Rodzicielskiej, znanej z organizowania tzw. strajków ojców. Na sali byli ich przedstawiciele i – jak przyznają – doskonale wiedzieli, kim jest Lewandowski. Przewodniczący zespołu, poseł Marcin Józef Aciuk, twierdzi, że „nie wiedział, kogo zaprasza”. Pytanie – czy w ogóle chciał wiedzieć?
Przypomnę, że po tragedii Kamilka wprowadzono obowiązek przedstawiania zaświadczenia o niekaralności każdemu, kto pracuje z dziećmi. Tutaj weryfikacja ograniczyła się do… sprawdzenia dowodu osobistego. Komisja, która ma bronić najmłodszych, nie potrafi nawet ustalić, kogo wpuszcza na salę. A gdy skandal wychodzi na jaw – przewodniczący mówi o „politycznej nagonce”.
I to jest moment, w którym wielu ludzi pyta: w jakim państwie my żyjemy?
Bo łatwo jest robić memy, wyśmiewać nowego prezydenta czy obrażać jego rodzinę. Łatwo jest odwracać uwagę od tego, kto naprawdę podejmuje decyzje w Polsce i w jaki sposób traktowana jest praworządność. Ale gdy gwałciciel dziecka siada w Sejmie jako ekspert od ochrony dzieci – wtedy nagle wielu woli milczeć.
Ta historia nie dzieje się w próżni. Wystarczy spojrzeć na ostatnią aferę z KPO – miliardy złotych z funduszy europejskich, które miały wspierać rozwój, poszły na jachty, pierogi, kebaby i inne „strategiczne” wydatki. Rządzący przekonywali nas, że to pieniądze, które zmienią Polskę. Zmienili – ale swoje rachunki i styl życia.
Jak długo jeszcze będziemy oszukiwani? Jak długo wmawiać nam będą, że wszystko jest w porządku, gdy na naszych oczach łamane są podstawowe zasady przyzwoitości i prawa? Jak długo będziemy karmić się wersją rzeczywistości, która w rzeczywistości nie istnieje?
To, co wydarzyło się w Sejmie, to nie jest „wpadka”. To jest obraz państwa, w którym przestępcy seksualni mogą wejść do instytucji najwyższej władzy i opowiadać, jak chronić dzieci. Państwa, w którym pieniądze z Unii topnieją na prywatnych zachciankach, a obywatelom serwuje się bajki o „dobru wspólnym”.
I to nie jest już pytanie o to, kto rządzi Polską. To pytanie o to, czy ktoś w ogóle jeszcze rządzi w imię dobra obywateli.


