O godzinie 17.00 w Muzeum Karkonoskim w Jeleniej Górze odbył się wernisaż wystawy „Kazimierz Śliwa – Fotografia”. Wydarzenie zgromadziło osoby związane ze środowiskiem muzealnym, przyjaciół, współpracowników oraz tych, którzy chcieli zobaczyć twórczość człowieka, który przez dziesięciolecia dokumentował dolnośląskie dziedzictwo.
Gości powitała wicedyrektor muzeum, Aneta Sikora-Firszt. Podkreśliła zasługi Kazimierza Śliwy dla ochrony zabytków i przypomniała, że był on współtwórcą struktury Urzędu Ochrony Zabytków, przez lata zajmując się inwentaryzacją zabytków ruchomych oraz techniki na terenie Dolnego Śląska.
Następnie przedstawiła żonę twórcy, Marię Żmudę, która przekazała wyjątkowo poruszające wspomnienie o mężu.
– Kaziu miał bardzo złożoną osobowość. Z wykształcenia był historykiem sztuki i praktycznie całe życie pracował w Urzędzie Ochrony Zabytków, ale jako urzędnik nigdy nie był zbyt szczęśliwy. To była natura bardzo wrażliwa, artystyczna. Zawsze powtarzał, że chciał zostać fizykiem. Historia sztuki była jego drugim wyborem, a powinna być pierwszym – mówiła.
Podkreślała, że mimo pracy urzędniczej Kazimierz Śliwa miał ogromne pasje, którym poświęcał każdą wolną chwilę.
– Astronomia, science fiction, średniowiecze, malarstwo. Naprawdę miał rozległy zakres zainteresowań. A jeśli chodzi o jego dorobek zawodowy, to nadzorował choćby wspaniały kompleks przyrządowy. Robił to wszystko bardzo solidnie i z wielkim poświęceniem, szczególnie tu, na Dolnym Śląsku, który był dla niego najważniejszy.
Najwięcej miejsca w jej wypowiedzi zajęła jednak fotografia.
– Fotografia była jego pasją, choć długo o tym właściwie nie wiedziałam. Kiedyś, gdy urządzaliśmy mieszkanie, powiedział: „Wiesz, mam takie zdjęcie”. Zobaczyłam je i zrobiłam z niego mały obrazek. Kaziu patrzy i mówi: „Ja pierwszy raz widzę moje zdjęcie tak poprawione”. A ja pytam: „To co ty z nimi robisz?”. Odpowiedział, że ogląda tylko na komputerze.
Po jego śmierci żona zabezpieczyła całe archiwum.
– Tam były naprawdę setki, może tysiąc zdjęć kwiatów. Przepiękne. Pan Moniatowicz, jeden z najlepszych fotografów w regionie, powiedział, że są bardzo ciekawe. A ja zgodziłam się, by były powielane, byle z podaniem źródła. Chciałabym, żeby ta twórczość żyła.
W trakcie wernisażu uczestnicy wysłuchali także nagrania od Iwony Chołuj, aktorki z Krakowa i bliskiej przyjaciółki Kazimierza Śliwy. Nie mogła być obecna na miejscu, co – jak sama podkreśliła – bardzo ją zasmuciło. W kilku ciepłych słowach opowiedziała o Kazimierzu, dziękując za możliwość zabrania głosu choćby zdalnie. Wspomniała o jego wyjątkowych fotografiach i o tym, że patrzył na świat „z czułością i spokojem”.
W programie pojawił się również akcent literacki. Jacek Grondowy, aktor Teatru im. Norwida i przyjaciel muzeum, odczytał kilka wierszy z książki „Cztery pory roku” autorstwa Kazimierza Śliwy. Jego interpretacja dobrze współgrała z atmosferą wystawy i pokazała kolejną, mniej znaną stronę twórcy.
Po części oficjalnej goście obejrzeli ekspozycję, rozmawiali o wspomnieniach związanych z Kazimierzem i wymieniali się wrażeniami przy kawie oraz drobnym, słodkim poczęstunku. Wiele osób podkreślało, że wystawa wywołała duże emocje i pozwoliła spojrzeć na Kazimierza Śliwę nie tylko jako na konserwatora zabytków, ale także na człowieka niezwykle wrażliwego, skromnego i twórczego.
Dzisiejszy wernisaż stał się nie tylko prezentacją fotografii. Był także symbolicznym powrotem do człowieka, który patrzył na świat uważniej niż większość z nas – i potrafił to uchwycić w tysiącach kadrów.



























